czwartek, 23 sierpnia 2012

Wanna

Hopsu nie pisała... A jednak coś dam... Z dwoma obrazkami. A co tam...
_______
Wstała z łóżka, otarła łzy i zdjęła z siebie bluzę. Odłożyła ją na krzesło i wzięła portfel. Kalecząc się w palce wyjęła żyletkę. W głowie miała chaos, nie myślała trzeźwo… Poszła do łazienki. Nie chciała ubrudzić pościeli. Na podłogą też nie mogła tego zrobić. Z drewna krew tak szybko nie znika… Chyba. Dywan też trudno byłoby doprać. Po co mają się potem kłopotać? Jeśli coś ubrudzi mama będzie zła… Potem będzie miała problem… Po co go sprawiać? Zawsze ich unikała. Czym mniej mieli z nią problemów tym lepiej. Najlepiej było siedzieć cicho i robić, co każą, co powinna. Była posłuszna… Cóż… Może to głupie, ale gdzieś w podświadomości wiedziała, że próbuje zasłużyć na miłość. Efekty? Chyba jej się nie udawało… Pociągnęła dwa razy nosem i otarła oczy kawałkiem papieru. Zasłużyć na miłość. Co za bzdura… Miłość jest albo jej nie ma… Skoro jej nie czuła próbowała… Sama nie wiedziała czemu, lecz jej stosunek do miłości w rodzinie opierał się na „zasłużeniu”. Wiedziała, że to źle… Że to wypaczone. Co z tego? Tak już było… Teraz to już nie ważne. Usiadła na boku wanny prostując w miarę możliwości prawe udo. „Kod fiskalny”. Dotknęła go ostrzem. Wolała nie robić tego tępą częścią… Cóż, wolała mieć nowe narzędzie, niestępione, ale cóż… Teraz nie poleci, a zresztą… Wolała nie kupować u ludzi, którzy znają jej rodzinę. Ktoś mógłby pomyśleć, że coś jest nie tak… Pociągnęła nosem i zrobiła kreskę. Tak, tu jest ostre.  Spojrzała na swój nadgarstek. Odłożyła srebrny kawałek metalu i otarła oczy. Chaos i otępienie w głowie nie znikały. Przesunęła palcem po skórze. Widziała delikatne żyłki. Prosta, obok kolejna, która się rozgałęziała. Niżej ta „prosta” łączyła się z „rozgałęzioną”. Zamknęła na chwilę oczy, lecz to wywołało kolejne łzy. Jej myśli doprowadzały tylko do większej rozpaczy… Wzięła „narzędzie” i powoli przesunęła ostrzem po skórze. Delikatnie, nie przecięła. To było jak przygotowanie. Po co to odwlekała? Miała jakąś nadzieję? Głupia… Cuda się zdarzają, lecz… Chyba nie dziś… Już nigdy. Z chorobliwą dokładnością wykonała kawałek kreski… Idealnie prosta. Perfekcjonistka. Krew powoli wypłynęła. Zatrzymała się przy żyłce. Strach. Za późno, już zaczęłaś, nie wycofasz się… Ostrym cięciem dokończyła dzieła. Złączenie rozgałęzienia i kawałek jeszcze niedołączonej żyłki poszły. Odłożyła żyletkę na bok wanny i patrzyła jak krew spływa w dół. Na biel, do środka. Wydało jej się to strasznie abstrakcyjnym widokiem. To koniec… Teraz… Wystarczy tylko czekać. Na słabość. Gdy była mniejsza czasem lała sobie za gorącą wodę i robiło jej się słabo. Wtedy do kubeczka nalewała zimnej i próbowała się otrzeźwić, ratować… Podobno w ostatnich chwilach samobójcy sami próbują się ratować. Podobno… Ale przecież ona nie może. Konsekwencje byłyby zbyt duże. Matka chybaby się wściekła. Musieliby wracać z wakacji… Gdyby się dowiedzieli. Gdyby teraz poszła i próbowała zatamować Może byłoby dobrze, lecz… Po co? Odważyła się. Za niedługo… Będzie koniec. Przestanie czuć. Po prostu osłabnie… I zniknie. Załkała cicho. Dlaczego nawet w takiej chwili musi o nim myśleć? Lecz taka prawda… jego imię chodziło jej po głowie. Jakie to żałosne, jakie słabe, jakie… Akt użalania się nad sobą! Samolubne… Ale chciała go usłyszeć. Wzięła komórkę. Ah, tak… No przecież to była jej nadzieja. Weszła do wanny. Wolała nie upaść na podłogę. To by bolało… I jest ten dywanik. Może i bordowy, lecz krew chyba byłoby jakoś widać… Choć gdyby miała szczęście nadgarstek trafiłby na kafelki. Stamtąd ciecz chyba łatwo, by się zmyła. Mama nie miałaby problemów z usunięciem śladów. Położyła dłoń na nodze, zewnętrzną stroną nadgarstka do góry… Patrzyła. Jak wypływa z niej życie. Łzy zatchnęły. Patrzyła na to jak zahipnotyzowana. To ją uspokajało. Jak zwykle. Fizyczne rany zadane samej sobie, wszystko pod kontrolą. To uspokajało. Ból i myśli uciekały. Smutek się zmniejszał. Wszystko z niej ulatywało. Na początku jeszcze płakała, lecz potem przestała. Potem robiła to z otępiałym umysłem… I nastawał spokój. Tak było dobrze… Zamknęła na chwilę oczy. Nie, nie może. Otworzyła je. Krew spływała w dół, po udzie i do wanny, której odpływ zablokowała. Skąpmy się we własnej krwi… Biel splamiona szkarłatem… Oh, jak poetycko. W innej sytuacji mogłoby to być nawet romantyczne. Bo zawsze o tym w tym aspekcie myślała. To wyrażenie już długo chodziło jej po głowie… Hah, ile ono ma zastosowań… Uśmiechnęła się słabo, lecz zaraz jej twarz przybrała wyraz powstrzymywanego płaczu. W jej oczach znów wezbrały łzy. Zasłoniła usta zdrową dłonią i przez chwilę drżała. Po policzkach spłynęło parę kropel… Wzięła telefon. Boże, jak wyglądała… Co za ironia… Jakie to żałosne. Umrzeć w majtkach i koszulce. Weszła w „polaczenia”. Jego numer już dawno skasowała, lecz i bez szukania mogła go wykręcić. Znała go na pamięć… Jednak nie, weszła w „ulubione”. Pierwszy numer, ten najczęściej używany… Ile nocy razem przegadali… Minęło parę sygnałów. Odebrał.
-No co?- Spytał wyraźnie zaspany. Obudziła go.
-H-hej.- Mimo, że nie chciała głos jej zadrżał. Cholera, nie chciała płakać! Zagryzła usta. Uspokój się, dziewczyno!
-Płaczesz. Co się stało?
-N-nic… J-ja tylko…- Nie wiedziała jak wytłumaczyć to, że chciała go usłyszeć. Przecież nie powie tego wprost. To nie chciało przejść jej nawet przez gardło.-N-nic…- Wydusiła po chwili milczenia.
-Czemu płaczesz?
-Ja nie płaczę!- Zaprzeczyła gwałtownie. Nie uwierzył.- Chc-ciałam się tylko pożeg-gnać.- Spojrzała na rękę, lecz zaraz odwróciła wzrok. Robiło jej się trochę słabo. Choć to może z głodu? Tyle nerwów…
-Coś ty zrobiła?!- Usłyszała po chwili.
-N-nic… J-ja tylko… J-ja…- Spojrzała na rękę.- Przecięłam rękę.
-Tamuj to!
-Nie!
-Dzwonie na domowy!- Zaśmiała się w duchu.
-Powodzenia… Jestem sama w domu.
-Zobaczymy.- Rozłączył się. Po chwili usłyszała dzwonek telefonu stacjonarnego. Nikt nie odbierał. Nawet gdyby chciała… Bała się, że jeśli wstanie przewróci się. Po trzech próbach zadzwonił do niej.- Widzisz? Ja nie kłamię…- „W odróżnieniu od ciebie.” Ta myśl ją zabolała.
-Dzwoń na pogotowie.
-Zwariowałeś?- Zaśmiała się. Nie był to wesoły odgłos. Była w nim pewna kpina… Coś co mówiło „Po moim trupie”… Cóż, było blisko.
-Więc ja dzwonię.
-Nie znasz mojego adresu.- Przypomniała najspokojniej w świecie. Mimo wszystko ta rozmowa sprawiała jej przyjemność. Słyszała go…
-Podaj.- Prychnęła do słuchawki.
-A w życiu!
-Jadę do ciebie.
-Powodzenia…- Mruknęła.-Po pierwsze nie zdążysz, po drugie nikt ci nie otworzy…- Przeklął stawiając po przecinku jej imię. Milczeli przez chwilę. „Kocham cię, kocham cię, kocham cię, kocham cię…” krążyło w jej głowie. Ile razy płakała i nie mogła tego z siebie wydusić…
-Dlaczego to robisz?
-Mam dość…- Powiedziała prawdę.- Mam dość!- Jej głos wyraźnie zadrżał.-Rozumiesz?- Jęknęła. Znów łzy.
-Nie możesz tego zrobić.
-A ty mogłeś?!- Zbyt wyraźnie pamiętała jak przepłakała noc, by zmusić go do zadzwonienia po pogotowie.- Mogłeś?!- Krzyknęła.- Piekło… rany… Mogłeś?- Zamknęła na chwilę oczy i przełknęła ślinę.- Wszystko… Dlaczego?- Nie potrzebowała już odpowiedzi. Wszystko zniknie.- K-Koch-cham c-cię…- Pamiętała jak mówiła to po raz pierwszy. Nie mogła się wysłowić.-Kocham…- Powiedziała łagodnie.- A ty ciągle ranisz… Ciągle…- Zagryzła usta. Ta prawda tak bolała.- Ja nie wytrzymuję. Jestem zazdrosna… Krzywdzisz. Słowami… Czynami… A ja cię dalej kocham. Jak głupia… Głupia idiotka.- Skuliła się. Nie ocierała łez. Nie miało to sensu.
-Zatamuj to.
-Nie! Już się nie da… Słabo mi…- Wyznała żałośnie. Wypowiedział jej imię. Zamknęła oczy, opierała się, odchyliła głowę do tyłu. Jakie to żałosne… Przełknęła ślinę. Powiedział to, co uważała za kłamstwo. Jak mogła wierzyć? Miał inną! I… Krzywdził. Bawił się nią. Była tylko zabawką. Dłoń jej drżała. Telefon był ciężki.
-Dlaczego nawet teraz nie powiesz mi prawdy?- Spytała cicho.- To już nie zrobi różnicy…- Zamknęła oczy. Powtórzył te dwa słowa… Kiedyś tak częste. Tak ciepłe… Aż pewnego dnia była cisza. To bolało najbardziej. Potem już nie wierzyła. Bała się tej ciszy jak niczego innego. Dlatego nie potrafiła odpowiedzieć.
-Nienawidzę cię, wiesz?- Łzy znów spłynęły.- Nienawidzę ran. Nienawidzę „piekła”. Nienawidzę twoich zdrad. Nienawidzę kłamstw. Nienawidzę niespełnionych obietnic.- Zacisnęła na chwilę usta.- Nienawidzę… Nienawidzę tego całego bólu. Nienawidzę swoich jebanych uczuć… Nienawidzę kłamstw. Nienawidzę tego wszystkiego.- Przełknęła ślinę. Przez te paręnaście tygodni „po ciszy” tyle się stało. Mniejsze i większe zranienia. Osobno w miarę niegroźne… Cóż, nieszczęścia… Chodzą stadami.- Kocham cię.-Przytrzymała telefon głową. Ręka jej opadła. Zaczęła powtarzać jego imię. Miała zamknięte oczy. Jeszcze chwila rozmowy. W głowie miała tylko „Kocham cię” i jego imię. Powtarzane…-Maleńki…
__________



piątek, 8 czerwca 2012

Niespodzianka


Tak, tak... Była Hopsu, czas na Hidoi. Proszę:
________________
Bezdźwięcznie otworzyłam drzwi. Rozpierała mnie radość. Torbę zostawiłam w przejściu. W dłoni trzymałam mały pakuneczek. *Ciekawe czy mu się spodoba.* Uśmiechnęłam się lekko. Sama przed sobą musiałam przyznać, że nerwy związane z wyborem prezentu, a nawet sam podarek były… głupie. Zachowywałam się jak dziecko. Chciałam zobaczyć uśmiech na jego twarzy, usłyszeć śmiech. Tak potwornie za nim tęskniłam. Poruszałam się nie wywołując hałasu. Powinien być w domu. Drzwi były otwarte. Ciekawe czy się ucieszy z tej niespodzianki. Hah… jak dziecko.
W końcu doszłam do drzwi sypialni. Właśnie tam paliło się światło. Pewnie będzie zaskoczony. Miałam przyjechać rano… a zdążyłam dzień przed, na wieczór. Drzwi były uchylone. Zajrzałam przez szparę i zasłoniłam usta dłonią. Nie.. nie, nie… w mojej głowie nastała pustka. Zaczęła mnie boleć. Musiałam się przewidzieć, to nie może być prawda… a jednak scena, której byłam świadkiem już wbiła mi się w umysł. Jak? Dlaczego? Oparłam się o ścianę i po niej zsunęłam. Nie odrywałam dłoni od ust. Nie może być… Po moich policzkach zaczęły płynąć łzy. Dlaczego? Zamknęłam oczy. Nie, nie, nie… Nie wiem ile tkwiłam pod ścianą, nie wiem ile tak bezdźwięcznie płakałam. Nie wiem ile czasu słuchałam tych westchnień, krzyków i jęków. Nie wiem. W końcu się wyłączyłam, a na ziemię sprowadziło mnie skrzypnięcie drzwi. Nie chciałam na niego patrzeć. Wstałam. Złapał mnie. Wyrwałam się i uderzyłam go w twarz, krzyknęłam coś. Przekleństwo. W drzwiach pojawiła się dziewczyna. Owinęła się ręcznikiem. Na nią już spojrzałam. W pierwszej chwili była zdziwiona, lecz zaraz potem dostrzegłam na jej twarzy zadowolenie. Obróciłam się na pięcie i ubrałam płaszcz. Oboje krzyczeliśmy. Ona się przyglądała. Ja płakałam. On mnie zatrzymywał. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego to zrobiłeś? Nie wystarczałam ci? Czy… Czegoś mi brakowało? Co ma ta lalunia, czego ja nie mam?! Co to jest?! Nie było mnie… Sześć dni, a ty sprowadzasz do domu jakąś… cizię mizię od siedmiu boleści?! CO?! Co za… Śmieć! Skurwysyn!  Kurwa! Dziwkarz! Kurwiarz! Co za… Dlaczego? Pośród wyzwisk, które kłębiły się w mojej głowie uchowało się to pytanie. Pytanie, które uzmysławiało mi jak bardzo… To boli. Że prócz złości, ba, wściekłości czułam ból. Zawiodłam się, zranił mnie, a ja… nie wiedziałam, czemu. Poszłam do przyjaciela. Nie chciałam się pokazywać przyjaciółce. I tak go nigdy nie lubiła. Miała rację. To ja tkwiłam zakochana w jakieś iluzji. Ta… blond… kurwa uzmysłowiła mi, że uczucie było jednostronne. Jak mogłam być tak ślepa? No, jak?! Brunet dał mi wolny pokój, przygotował nawet coś do jedzenia. Mimo, że go obudziłam zaopiekował się mną… Postarał, a ja… Nie potrafiłam nic przełknąć. I bez jedzenia miałam ochotę zwymiotować. Do tego płakałam. Spędził ze mną noc. Uspokajał, przytulał, był… A ja cały czas powtarzałam jedno i to samo… no, może nie jedno i to samo. Raz pytałam bezradnie, „dlaczego”, zaraz potem cichłam, znowu płakałam, potem byłam wściekła, płakałam, wyzywałam… I mówiłam, że go kocham. Tak cholernie go kochałam, że… miałam nadzieję, że się jakoś wytłumaczy.  Że odpowie mi na to pytanie, powie… Że to jakieś cholerne nieporozumienie! Ale jak to mogło być nieporozumienie skoro widziałam… I słyszałam ich razem w łóżku?! On nie wyglądał na pijanego… Chyba. Nie wiem. Zacierało się. Wiedziałam jak to działa. Podświadomość wypierała szokujące, złe przeżycia… ale przez to teraz nie potrafiłam jasno i trzeźwo ocenić sytuacji. Zresztą czy alkohol jest usprawiedliwieniem?! Było nie pić! Nad ranem zmusiłam przyjaciela, by szedł do pracy. Nie mogłam mu przeszkadzać. Musiałam sobie poradzić sama. Patrzyłam na komórkę, lecz nic. Ani znaku życia, chęci wytłumaczenia się, wyjaśnienia, czegokolwiek… Nic. Siedziałam, a po moich policzkach spływały łzy. Wstałam. Jak nie ja. Czułam jakbym obserwowała obcą mi osobę… Jakbym była uwieziona w obcym ciele, w kimś, w kim jest mi wręcz okropnie, strasznie… Zrobiłam obiad. Nie chciałam być ciężarem. Kiedy wrócił starałam się zachować pozory normalności. Nie udało mi się uśmiechać. Wysłał mnie do sklepu. Chyba chciał, żebym odetchnęła. Sprowadził… nieszczęście, bo spotkałam tam tego zdrajcę. W życiu nie ogarnęło mnie nic podobnego. Wyzywałam. Oskarżałam. Ktoś mnie uspokoił. Zapłakałam. On sobie z tego nic nie zrobił. Mój ból… nic. Moje zawiedzenie… Nic. Brakowało tylko tej cizi mizi obok niego. Tylko jej… Po paru dniach ochłonęłam. Nie płakałam już non stop. Tylko… wieczorami. Udało mi się przeprowadzić w miarę rozsądną rozmowę. Nie powiedział, dlaczego… Widocznie miał na to ochotę. Oskarżył mnie o wyzwiska i o to, ze jest ze mną coś nie tak. Bo gdybym ja zrobiła coś takiego on stałby spokojnie. Choć… może i tak, by było. Cóż znaczyłam? Nic. Nie wiem czy to była chwila słabości czy rozpaczy… może jedno i drugie… Może nawet i usprawiedliwienie, lecz… powiedziałam, że go kocham. Nastała cisza. Po chwili koniec rozmowy. Uderzyło mnie to. Pierwszy raz mi na to nie odpowiedział. Nic.
Ból i pustka… cierpienie. Nie wiem. Tkwiłam w tym chorym uczuciu, a on był obojętny. Raz chciałam, by zniknął, raz, by wrócił. Uzależnił mnie od siebie. Zdawałam sobie z tego sprawę. To wszystko mnie przerażało. Byłam… bezbronna. Kiedyś tak samodzielna, teraz tak słaba. Zostałam brutalnie wyrwana z iluzji bezpieczeństwa. Bez ciepła, bez ochrony, miłości, niczego. Nawet głupia nadzieja… chciałam, by wygasła. Powoli jej płomień malał, lecz... ciągle zbyt wolno. Miałam huśtawki nastrojów. Anomalię zauważyłam już za pierwszym razem. Ogarnęła mnie dziwna i niepokojąca mnie samą wesołość. A potem? Cichy płacz w nocy.
Umierałam, a żyłam. Próbowałam załagodzić ból na różne sposoby, lecz jeśli już dało to jakąś ulgę była ona krótkotrwała. Ja… Po prostu go pragnęłam, chciałam go mieć. Kochałam. A on kłamał. Czasem chciałam, by bicie serca, które słyszałam w ciemności nie było moje, a jego. By był tu blisko, przytulał mnie, całował. Kiedyś… Chciałam mu tak wiele oddać, zawierzyłam własne serce i… zostało ono zdeptane. Miał mnie. Całą. Czy to mało? Co ona mogła mu ofiarować? Co miała, czego ja nie miałam? Oh, miałam swoje kaprysy, humorki… Ale zawsze pragnęłam jego szczęścia. W tamtej chwili pragnęłam wyjaśnienia. Tak rozpaczliwie chciałam, by okazało się to tylko złym snem, koszmarem. Chciałam się obudzić i zobaczyć, że śpi obok. Przytulić się, nawet, jeśli miałoby go to obudzić… Myśleć i mówić mu… O miłości. Opowiedzieć ten koszmar i zobaczyć reakcję. Zostać ucałowana w czoło, przytulona i utwierdzona w tym, ze jego zdrada to tylko jakiś głupi wymysł, że to tylko wyobraźnia mnie ponosi, bo on nigdy, by czegoś takiego nie zrobił. Nigdy, by mnie nie skrzywdził. Że mnie kocha.
Chciałam… Chciała…bym.

niedziela, 27 maja 2012

Skinny love

Tu znowu hopez ^^
Tym razem kolejny oneshot z Jongkey zainspirowany piosenką Birdy - Skinny love
Polecam posłuchać sobie tej piosenki podczas czytania ^^ mam nadzieję, że wam się spodoba i ładnie proszę o szczere komentarze :) a i jeśli będą jakieś błędy to przepraszam, ale jeszcze nie miałam czasu dokładnie sprawdzić ^^








    Najgorsze w wielkiej miłości są momenty rozstań, moja babcia zawsze to powtarzała, dopiero teraz to zrozumiałem. Byliśmy razem tylko rok. Właśnie: tylko. Większość osób powiedziałaby, że aż rok, ale ja zawsze myślałem, że przetrwamy dłużej, że nasza miłość będzie z każdym dniem coraz silniejsza. Nie sądziłem, że jest aż tak słabiutka. Za każdym razem, gdy widziałem cię przechodzącego obok mnie na korytarzu, uśmiechniętego jakby nic się nie stało, czułem jakby ta malutka resztka tego co między nami było sypała sól na moje poranione serce. I rozrywała je na małe kawałeczki, gdy twój uśmiech znikał na mój widok, nawet jeśli to były tylko sekundy. Przecież nie mogłeś JEJ martwić swoją niezadowoloną miną. Westchnąłem patrząc na swoje odbicie w lustrze, przecież nie tak dawno byłeś mój, mój, mój… Zacisnąłem mocno powieki nie chcąc pozwolić łzom uciec, udało mi się, ale dalej czaiły się by później powoli ściec po moich bladych policzkach. Przeniosłem wzrok z mojego szkaradnego odbicia niżej na umywalkę, umywalkę czerwoną od krwi. Ciemna ciecz spływała leniwie po moich rekach do starej lekko popękanej umywalki. Dlatego nigdy nie chciałeś się do nas przyznać? Dlatego teraz z nią byłeś? Bo nie miałem tyle pieniędzy co inni? Bo zbuntowałem się i uciekłem od tych którzy mnie krytykowali? Pokręciłem głową, a kolejna stróżka krwi zaznaczyła białą misę, nie to nie dlatego, nie byłeś taki, nie dlatego ze mną zerwałeś jeśli w ogóle można to nazwać zerwaniem. Przecież nigdy nie powiedzieliśmy oficjalnie, że jesteśmy razem tylko nasi najbliżsi przyjaciele wiedzieli. Byłeś zbyt przerażony perspektywą bycia z innym chłopakiem…
    Ponownie westchnąłem i spojrzałem w swoje odbicie. Wyglądałem żałośnie od czasu naszego zerwania… A może zawsze tak wyglądałem? Może odstraszyły cię moje puste oczy? Blada, wręcz chorobliwie biała skóra? Znowu pokręciłem głową, przecież zawsze powtarzałeś mi, że jestem piękny. Tak piękny, nie przystojny czy męski. Dla ciebie zawsze byłem piękny lub uroczy.
    Znowu zacisnąłem powieki, dlaczego moje głupie serce bije szybciej, gdy tylko o tobie pomyśle? Dlaczego to głupiutkie uczucie nie da sobie spokoju? Nie ma już dla nas szans, nie będziemy już razem, ale moje poranione serce jest uparte zupełnie jak ty… A głupiutka miłość nie chce mnie słuchać i dalej myśli, że ma prawo istnieć. Tyle razy próbowałem się jej pozbyć, zniszczyć ją, ale to nic nie dawało… Głupiutka słabiutka miłość nie dawała mi spać, nie przecięła łączących nas węzłów i dręczyła co noc coraz starszymi wspomnieniami. Wspomnieniami z czasów, gdy byłeś mój, mój, mój… Zacisnąłem dłonie, w tym momencie najmniej potrzebowałem słyszeć w uszach twój ciepły głos mówiący, że mnie kochasz. Ale wspomnienia o tobie mnie nie opuszczały, wręcz przeciwnie było ich coraz więcej zupełnie jakby moja najważniejsza prośba została zupełnie zignorowana przez to głupie uczucie.
    Zalały mnie kolorowe obrazy. Twoje piękne oczy. Twój ciepły uśmiech. Twój wspaniały głos. Ale nie wszystkie wspomnienia były szczęśliwe, jak wszystkie pary mieliśmy słabsze momenty. Pamiętam, gdy mówiłem ci żebyś był cierpliwy i nie zniechęcał się tym co mówią ludzie. Mówiłem ci byś zachowywał równowagę i nie dał się ponieść złym emocjom, mówiłem ci byś był dobry… Mówiłem ci żebyś był delikatny… Moje blade policzki pokrył słaby rumieniec, gdy przed oczami stanęła mi nasza pierwsza wspólna noc.
    Wspomnienia dalej wypełniany moją głowę, a kolejne strużki zdobiły umywalkę tworząc czerwony abstrakcyjny wzór. Tak bardzo pragnąłem żeby te wspomnienia stały się codziennością. Tak bardzo chciałem budzić się od twoich delikatnych pocałunków i w twoim umięśnionych ramionach. Pamiętam nasze pierwszy wspólny weekend poza miastem, jazdę pociągiem podczas której prawie nas wywalili bo wszystko nasz śmieszyło, radość, że nie musimy się ukrywać bo nikt nas nie pozna. Dalej mam te bilety, uwierzyłbyś? W pudełku, do którego włożyłem wszystkie związane z tobą rzeczy, wszystkie rzeczy krzyczące, że byłeś MÓJ…
    Zacisnąłem mocniej dłonie, a krew zaczęła odrobinę szybciej ściekać po mojej bladej skórze. Dlaczego nawet teraz nie opuszczała mnie nadzieja? Moja miłość do ciebie była jak małe dziecko karmione piersią, tylko że zamiast mleka oferowałem jej nadzieję, nadzieję, że MY będziemy jeszcze kiedyś istnieć, że znowu będziemy się budzić obok siebie i szeptać słodkie słowa na początek dnia. Nadzieję, że przestaniemy się ukrywać i pokażemy całemu światu jacy jesteśmy szczęśliwi. Nadzieję, że będziesz znowu mój, mój, mój…. Ale to tylko nadzieja, głupie, słabe uczucie jak każde inne. Zakręciło mi się w głowie i złapałem kurczowo starą umywalkę. Ciemna ciecz zaczęła skapywać na podłogę, a mnie ponownie zalały myśli, tym razem już nie takie przyjemne. W końcu dlaczego mam się oszukiwać? Za chwilę to wszystko się skończy i nie będę już musiał żyć nadzieją, która i tak powoli rozpadała się na miliony kawałeczków.
    Zaśmiałem się cicho chociaż do radości czy rozbawienia było mi daleko. Po co przypominałem sobie to wszystko skoro zaraz nic nie będzie miało znaczenia? Ani ja, ani ty, ani nasz związek… Nic, nawet ta słabiutka miłość. Uczucia którymi się darzyliśmy będą zmarnowane, zapomniane. W końcu teraz masz JĄ prawda? Dalej jednak nie rozumiem, skoro tak bardzo jesteś z nią szczęśliwy i ona jest dla ciebie wszystkim to… to kim byłem JA? Nie mogłem już dłużej powstrzymać moich łez, które zaczęły swobodnie wypływać z moich oczu jednak dalej z całych sił powstrzymywałem szloch. Dalej nie mogłem pojąć tej sytuacji, a naprawdę próbowałem i to nie raz… Tak samo jak próbowałem pozbyć się tego cholernego uczucia! Zacisnąłem mocno oczy, gdy mym ciałem wstrząsnął szloch, byłem taki słaby, taki żałosny.
    Ale powiedz mi kto będzie cię kochał tak mocno jak ja? Kto będzie gotowy poświęcić dla ciebie wszystko? Kto walczył by o twoja miłość jak długo jak ja? Kto będzie tak cierpliwy jaka ja? Kto upadnie tak jak ja…?
    Coraz bardziej kręciło mi się w głowie i coraz bardziej traciłem kontrolę nad własnym ciałem, powoli ogarniała mnie błogość. Resztkami sił podniosłem z szafki telefon i wykręciłem twój numer. Chciałem po raz ostatni usłyszeć twój głos, po raz ostatni powiedzieć ci, że tak cholernie cię kocham… Tak bardzo pragnąłem byś chociaż na moment był znowu mój, mój, mój….. Z rozmyślań wyrwał mnie twój głos wypowiadający moje imię. Brzmiałeś na zdziwionego i… Zmartwionego? Ach no tak normalni ludzie nie dzwonią do swoich byłych o 3 nad ranem. Uśmiechnąłem się lekko i wciągnąłem powietrze, miałem ci tyle do powiedzenia i tak mało czasu. Otworzyłem usta, by zacząć swoją litanię, ale dałem rade tylko powiedzieć twoje imię nim pochłonęła mnie ciemność…
    Obudził mnie dziwny niezidentyfikowany dźwięk, z małym jękiem otworzyłem ciężkie powieki i zobaczyłem biały sufit. Czyli tak wygląda piekło? Bo na pewno nie trafiłem do nieba. Samobójcy nie trafiają do nieba. Zmarszczyłem lekko brwi, coś mi tu nie pasowało. Podniosłem lekko głowę i rozejrzałem się szeroko otwartymi oczami. Nie byłem a piekle tylko w szpitalu! Po kilku próbach udało mi się usiąść i ponownie rozejrzałem się po pomieszczeniu. Po prawej stronie stała cała masa aparatury, której połowy nie znałem nazw, więc to stąd ten dźwięk. Przez chwilę patrzyłem na diagram przedstawiający bicie mojego serca, ale zaraz przeniosłem wzrok na lewą stronę pokoju. Był tam stolik z wazonem pełnym kwiatów, zmarszczyłem lekko nos, czyżby ktoś mnie odwiedzał? Obok stał duży fotel, na którym leżał wygnieciony koc i magazyn, które wskazywały, że ktoś rzeczywiście mnie odwiedził. Tylko kto? Spojrzałem na swoje obandażowane ręce zastanawiając się jak w ogóle tu trafiłem, gdy nagle drzwi do pokoju otworzyły się. Podniosłem wzrok i zamarłem. Nie mogłem uwierzyć swoim oczom, co TY tutaj robiłeś?! I dlaczego wyglądałeś jakbyś ciągle płakał, nie mył się i nie spał od kilku dni? Dlaczego, gdy tylko mnie zobaczyłeś twoje oczy wypełniła nadzieja? Dlaczego… Dlaczego do mnie podbiegłeś i przytuliłeś, a z twoich oczu zaczęły lecieć łzy? Dlaczego tak dobrze czułem się w twoich ramionach? Dlaczego…?
- J-Jonghyun… - Twoje imię brzmiało tak naturalnie w moich ustach, objąłem cię kurczowo poranionymi i obolałymi rękami. W głowie miałem milion pytań, ale teraz liczyło się tylko to, że trzymałeś mnie w swoich objęciach, wciągnąłem twój zapach i z moich oczu poleciały łzy – Jonghyun – powtórzyłem i złapałem mocniej twoją bluzę wtulając głowę w twoją umięśnioną klatę.
- Kibum – twój głos był zachrypnięty od płaczu – Kibummie – twoim ciałem wstrząsnął szloch – nie rób mi tego więcej – objąłeś mnie mocniej i wtuliłeś twarz w moje włosy – mój Bummie, moje maleństwo, mój skarb – pocałowałeś moją głowę i zacząłeś lekko nami bujać w tył i w przód powtarzając to jak mnie nazywałeś, gdy byliśmy razem. Nie wiedziałem co się dzieje, ale nie obchodziło mnie to, w końcu znowu trzymałeś mnie w swoich ramionach. Po chwili złapałeś moja twarz swoimi dłońmi i zetknąłeś nasze czoła patrząc mi w oczy. Starłeś moje łzy, a twoje dalej leciały. – Kocham cię Bummie – otworzyłem szerzej oczy, a moje serce zaczęło szybciej bić. Uśmiechnąłeś się słodko i pocałowałeś mnie lekko. Dalej w szoku nie przez moment nie oddawałem pocałunku, ale zaraz dałem się pochłonąć znajomemu uczuciu. Może jednak nie wszystko stracone, może jednak moja miłość nie była taka słaba jak mi się wydawało.

sobota, 12 maja 2012

Telefon

"Nienawidzę. Nienawidzę bezsensownie tęsknić i myśleć za dużo o ludziach o których nie powinnam myśleć i chcieć czegoś, a nie umieć o to poprosić @__@ Fuck, piszę."
Pojebało mnie. Ostro.



_______________________
Kiedy wstałam poczułam jak bardzo jest mi ciężko na sercu. A przecież nie byłam ciężka. Masa mojego ciała wynosiła ok. 50kg. Czy serce nie jest wielkości zaciśniętej dłoni? Miałam drobną dłoń. Więc czemu moje serce jest tak ciężkie? Zaraz... serce? Tak naprawdę czułam, że cały mój środek... jest jakiś ciężki. Czy instynktownie umieszczałam to uczucie w okolicy serca? Czy gdyby od małego wmawiano mi, że tak bolą płuca, to czy nie powiedziałabym, że to one? Głupota. Podświadomość. Po prostu czułam ciężar. Dobrze? Po co się w to wgłębiać? Jakby nie wystarczyła mi jedna dręcząca "rzecz" na noc. Zaczęło ściskać mnie w gardle. Może jednak lepiej byłoby pozostać w łóżku? I przewracać się z boku na bok? I co chwila się podnosić? Siadać, patrzeć i tak na dobrą sprawę nic nie widzieć? Czuć jak oczy wypełniają się łzami? Mazać się jak dziecko? Czy nie lepiej czuć ciężar w sercu i ściskanie w gardle? Przynajmniej nie płaczę. Jeszcze. Może to dlatego, że skończyła się tamta miłosna piosenka? Ale... ta mi nie pasuje. Biorę telefon do ręki i szukam, przełączam. Kolejna. O miłości. Tak, widocznie jestem masochistką, bo ta mi akurat odpowiada. Pomęczę się troszkę. Jak zwykle. Muzyka, która nie odpowiada mojemu nastrojowi... Nie chce w tej chwili słuchać wesołych nut. Chce coś co odpowiada moim myślom. Choćby i wywoływało łzy. Tak, tak... "Katuj się. Głupia" - przeszło mi przez myśl. "Głupia. Głupia. Jaka ja jestem głupia". Uśmiechnęłam się sama do siebie. "True story, bro". Prawie że się zaśmiałam. "Bro"- to takie nie w moim stylu. Spojrzałam na komórkę. Ze stołka przeniosłam się na łóżko. Wzięłam ją do ręki, weszłam w aplikację i wyświetliło mi się, że urządzenie naładowane jest w 57%. Przed chwilą było 53%. Skuliłam się odrzucając ją na bok. Muzyka dalej cicho grała. Spojrzałam na aparat.
-Zadzwoń. - Poprosiłam cicho, wręcz niesłyszalnie. -Zadzwoń. - Powtórzyłam odrobinę głośniej. Ktoś bliżej już mógłby mnie usłyszeć. - Zadzwoń. Zadzwoń... Zadzwoń. - Odkaszlnęłam. Pod koniec słowa mój głos lekko ochrypł... Lecz był już dobrze słyszalny. Mówiłam, prawie że, normalnym tonem. Cichym, bo wszyscy w domu spali. Choć, czy gdybym nawet mówiła normalnie... a nawet odrobinę głośniej, czy ktoś by mnie usłyszał? Wątpię, by mój głos przebił się aż na wyższe piętro. - Zadzwoń. - Wyszeptałam głośno. Otarłam oczy. "Już o mnie zapomniałeś?" Wiedziałam, że to głupota. Przecież rozmawiał ze mną... 2 lub 3 dni temu. Ale... zwykle dzwonił codziennie! Nie miałam zamiaru się o to prosić, mimo iż czułam pokusę napisania: "Zadzwoń", "Zadzwonisz?", "Tak dobrze ci się z nią układa, że już o mnie zapomniałeś?" lub coś podobnego. Choć to ostatnie było żałosne. Mimo tego miałam ochotę tak napisać. A przynajmniej powiedzieć. Kiedy zadzwoni... gdyby zadzwonił. Żałosne. Śmieszne. "Zadzwoń..."
- Głupek. Głupek. Głupek. Idiota skończony. - Zrugałam go. Jakby to miało sens. "Jak mogę za kimś takim tęsknić? Jak mogę się przejmować? Głupia. Głupia. Głupia". Otarłam oczy w sposób w jaki wiedziałam, że nie powinnam. Jak dziecko, które zamiast wytrzeć tylko rozciera łzy. W górę, na skos jedną dłonią- jedno oko, w drugą stronę-na dół, na skos- drugie oko. I z powrotem zmieniając skos na poziom. Jak dziecko. Pociągnęłam nosem. Teraz sama sobie przypominałam paroletnią dziewczynkę, która płacze za misiem... Za misiem? Za czym mogła płakać? Za lizakiem... Za mamą i tatą, którzy ją zostawili, a ona bała się ciemności. Za wszystkim. A jednak najbardziej pasował mi miś. Pluszowy miś do tulenia. Kochany, pluszowy miś, którego można do siebie przytulić. Ukochana zabawka. Jedyna, niezastąpiona. Taka, o której dziecko nie myśli jak o rzeczy, a jak o ukochanym towarzyszu... Och, czy to brzmi jakbym opisywała mój stosunek do niego? Nie! Wcale tego nie robię! "Ukochany towarzysz". W życiu bym go tak nie nazwała! To po prostu... Stosunek dziewczynki do jej ukochanego misia, nie mój... To tak nie działa. Nie mogę przecież wypisywać takich skojarzeń. Patrzę na słowa. Spisuję to, co wypieram. Jakie to głupie. Próbować wybraniać się przed samą sobą. Jakby żyły we mnie dwie istotki. Jedna oskarża, druga się broni... No i czasem wtrąca się trzecia. Czy którakolwiek z nich ma rację? Ta, która oskarża? Czy może ta, która broni? A może i ta, która wtrąca czasem logiczne uwagi? Czy może ta, która mówi, że prawda leży pośrodku? Ach! Sama siebie nie rozumiem! Bronię się przed samą sobą. Idiotyzm. I jak tu się nie zawirować? Jak nie "sfiksować"? No jak? I to przez... Temat misia?! Ze mną jest naprawdę źle... Spojrzałam na telefon. "Głupek!". Ogarnęła mnie złość. "To wszystko przez ciebie, debilu!" Gdyby nie on, nie zaczęłabym myśleć na ten głupi temat! Nie próbowałabym odsunąć od siebie myśli o nim! A tak naprawdę to by nic nie dało! Uch... Nie miałam siły. Zero. Nawet pisać. Wypływa ze mnie tyle bezsensownych myśli. Ale... Uścisk w gardle ustąpił. Ciężar w środku także. Czyżby nerwy spowodowane misiem mnie nagle uleczyły? Jak dobrze... I co teraz? Nie zasnę jeszcze długo. Będę się męczyć, przewracając z boku na bok. Zimno mi w stopy... Moich puchatych skarpetek brak. Są w praniu. A mi zimno w stopy! Gdyby zadzwonił, pewnie bym się poskarżyła, lecz długo bym o tym nie myślała. Zaśmiałby się, a ja bym się "naburmuszyła". Powiedziała "oburzona": "N-no co?!" i zajęczała, że zimno. Jak dziecko. Czy to mogło go zmęczyć? Znudzić? Czy irytowała go moja dziecinna natura? Mój częsty natłok pytań. Czy miał mnie dość? Czy...

 - Zaraz! Stop! Nie zaczynaj! Tylko jeszcze bardziej się denerwujesz! To, że nie dzwoni nie znaczy, ze ma cię dość! - Odezwała się moja "druga natura". Rozsądniejsza strona, która "budziła się" w takich momentach. Ah, rozdwojenie jaźni? Uhm, wątpliwe! Przecież każdy od czasu do czasu rozmawia sam ze sobą. Podobno. Teraz te dwie cząstki mnie się kłóciły. Zilustrować?


1: Jak to nie?! Mógł się znudzić, zirytować, wkurzyć...
2: Ale nic nie powiedział ostatnio!
1: A czy musiał?! Mógł sobie usiąść, pomyśleć i stwierdzić, że ma mnie dość!
2: Ale wszystko było w porządku! Czemu miałby...
1: Skąd mam wiedzieć?! A jeśli mu się coś stało...?!
2:Widziałaś go ostatnio,
1: Tak... [smutny ton] Wygląda na to, że nic mu nie jest., Wszystko jest w porządku. Tylko się do mnie nie odzywa.
2: Może skończyły mu się minuty?
1: Wierzysz w to?
2: Eee...[widać, że nie]
1: NO WŁAŚNIE! [rozpacz]
2: Przesadzasz.
1: Jak ze wszystkim. Musiało go to w końcu wkurzyć.
2: [tu krzyczy jej imię] Uspokój się!
1: A-ale...
[w tle słychać słowa piosenki z Króla Lwa "Już wiem! Miłość drogę zna. Poprowadzi mnie...", a właścicielka jaźni, w której toczy się ten dramat ma łzy w oczach]
2: [załamuje się]
1: Ma mnie dość...
2: Może jest po prostu zmęczony, śpi?
1: Ale czasem dzwonił... Nawet w dzień, że zadzwoni później, bo coś...
2:Może uznał to za niepotrzebne?
1: Ja mu jestem niepotrzebna... [właścicielka jaźni ociera oczy] N-no i... T-to właśnie tak jest...


Pociągnęłam nosem. Wzięłam papier, urwałam kawałek i go zużyłam. Przez chwilę trwałam w bezruchu. Tyle mówiłeś, że mnie kochasz, a teraz nawet nie raczysz się odezwać... Dlaczego? Co ja znowu zrobiłam? W czasie ostatniej rozmowy dziwnie się zachowywałeś... Nastraszyłeś mnie, bo ktoś ci coś nagadał. Pamiętam. Cała drżałam przez ten dramat, ale... Zmieniłeś zdanie. Myślałam, że z twojej strony jest już dobrze. Uważasz, że wszystko wyjaśnione. Sam mnie do siebie przygarnąłeś. To ja czułam się zraniona. Znowu mnie zraniłeś. Nie ja ciebie! To ty powinieneś dzwonić, przejmować się. Czemu robię to ja?! Dlaczego?! Zadzwoń! Nie powiem ci, co czuję. Znowu przestanę mówić o swoich uczuciach. Znowu będziesz to ze mnie wyciągać, bo nie będę potrafiła... Ale... Chcę cię słyszeć. Twój głos. Jak opowiadasz... Chcę czuć to zirytowanie, gdy rozmawiając ze mną przez telefon, odpowiadasz komuś u siebie lub zmieniasz temat, czytasz mi coś, lub coś takiego. Unikasz odpowiedzi na niektóre rzeczy... Chcę. Chcę cie słyszeć. Zadzwoń! Wiem, że na razie nie będę potrafiła z tobą normalnie rozmawiać, lecz chcę! Chcę z tobą rozmawiać! Chcę cię słyszeć! Potrzebuję cię! Cholero... Cholero mała, zadzwoń! Proszę... Nim się złamię i do ciebie napiszę byś to zrobił. Proszę, ja mam naprawdę słabą wolę. Będę o tobie cały czas myśleć, będę to od siebie odsuwać, lecz w końcu... Wystukam tę prośbę... A potem nie będę wiedziała co powiedzieć, gdy zadzwonisz. To będzie tak okropnie irracjonalne. Tak głupie i nienormalne. Jak jakaś głupia dziunia, która mówi coś, a a potem temu zaprzecza.. Nie przyznam przecież... Do tego... że... Naprawdę, naprawdę rani mnie to, jak o mnie zapominasz! Że wariuję, gdy się nie odzywasz. A minęło mało czasu! 2 lub 3 dni... A ja mam takie paranoje! Ale jeśli nie zadzwonisz... Będzie ze mną jeszcze gorzej. Nie chcę płakać... A będę. Na pewno. Przez... taką głupotę. Przez brak twojej uwagi. Spojrzałam na telefon. "Nie myśl o tym". Musisz w końcu zadzwonić. Kiedy sobie o mnie przypomnisz. Za ile? Nie wiem. Ile będzie mnie to kosztować... Nerwy, łzy, walka z samą sobą, irytacja, i tak dalej... Czy naprawdę nie wiesz jak cię potrzebuję? Musiałeś to wyczuć. Musisz wiedzieć. Chyba ci nawet kiedyś powiedziałam. Gdy byłam zła, bo... Unikałeś mnie wtedy chyba. Nic cię nie ruszało. Byłeś tak daleki. Raniłeś. Lecz,  potem znów zacząłeś być sobą. Byłeś ciepły. Zawsze tęskniłam za tym ciepłem. Kiedy byłeś miły, wesoły. Może przesadzam, lecz wydaje mi się, że określenie... To, co ostatnio wyczytałam. "Jak słońce" do ciebie pasuje. Zadzwoń. Skoro nie mogę się w ciebie wtulić... Skoro nie możesz mnie zamknąć w swoich ramionach, głaskać... Być blisko w nocy... Porze, w której nachodzą mnie myśli, gdy często najbardziej odczuwam samotność nawet, gdy cały dzień spędzę z przyjaciółmi... Chcę słyszeć twój głos. Twój głos, który sprawia, że w moim wnętrzu pojawia się jakby światełko. Promyk słońca. Dzięki tobie. Jest mi tak dobrze. Twój głos sprawia, że zasypiam w pewien dziwny sposób: szczęśliwa, spokojna. Jest mi dobrze. Och, czasem się przez ciebie boję, mam nerwy... czasem... często! Lecz... bez ciebie nie wyrabiam. Potrzebuję cię. Z wszystkimi minusami i plusami. Z wadami i zaletami. Chcę cię chociaż słyszeć. Mieć ciebie dla siebie. Chcę byś zwracał na mnie uwagę. Jak dziecko. Na szczęście ja nie broję, by tę uwagę na siebie zwrócić. Obym nie zaczęła. Bo narobię głupot. Skrzywdzę samą siebie... A nie chcę ranić. Ani siebie, ani... ha, jakby to kogoś zraniło. Może to głupota, lecz czuję, jakbym nikogo nie obchodziła. Widzisz? Wystarczy, że ciebie nie ma, a ja głupieję. Czuję się niepotrzebna. Zbędna nie tylko dla ciebie, lecz dla całego świata. Dziwne, nieprawdaż? Taka równość... Przesadzam. Przepraszam.
Myśli, które układałam w zdania uspokoiły mnie w pewien sposób...Spróbuję się położyć. Coś mi mówi, że to nic nie da, lecz jest późno. Jutro nie wstanę. Ty nie zadzwonisz. Chyba wariuję, że się tak tym przejmuję. Oj, zrymowało się? Tak, mówienie do siebie... Lub właśnie układanie zdań, wypowiedzi w głowie... Jakby się pisało... Pomaga. 
"Tak, teraz zamknij oczy. Nie daj poddać się wariacji. On nie zadzwoni. Odłącz telefon od ładowarki. 91%. Wystarczy. Telefon przy poduszce. Okryj się szczelnie kołdrą. I przewracaj z boku na bok. Niedługo zaśniesz. Jesteś już zmęczona... Zbyt zmęczona na wstawanie i wariacje... Jakby co, tylko cicho zapłaczesz. Ciii~. Gasimy światło. Ach, jeszcze misiek. Nie spadł? A nie, jest. Dobrze.
Dobranoc."
__________________________
Z perspektywy czasu... Tak, pojebało mnie >DDD
Mnie w sensie Hidoi.
Z Hopsu nie jest tak źle ;3

poniedziałek, 7 maja 2012

Cosmic love

Tu znowu hopez ^^
Wypoczęta i zadowolona po Chorwacji :) a wam jak minęła majówka?
Ostatnio się lenię i mimo tego, że mam zaczęte kilka lekkich i przyjemnych ficków to jakoś nie mam siły ich dokończyć *drapie się po karku* ale niedługo to zrobię! ^^ a teraz stary, ale mam nadzieję, że jary fick z czasów gima
Szczerze to jest jedna z moich ulubionych prac moja autorstwa i z niecierpliwością czekam na wasze opinie, uwagi, komentarze ^^
W tekście nie wymieniałam imion, więc można samemu wybrać postać ^^
A i zanim zapomnę xD to Cosmic love poniżej to link do piosenki
Miłego czytania :*


Cosmic love


A falling star fell from your heart and landed in my eyes
I screamed aloud, as it tore through them, and now it's left me blind


Kochałam cię całym sercem, ta miłość mnie oślepiała, nie zauważyłam twojej zmiany.
Nie, ja jej po prostu nie chciałam zauważyć. Oddalaliśmy się od siebie. Coraz więcej czasu spędzałeś na spotkaniach z pracownikami, ja i tak wiedziałam, że te spotkania to tylko pretekst. Co wieczór czułam od ciebie zapach alkoholu i perfum, ale starałam się nie zwracać na to uwagi. Wierzyłam, że to tylko przejściowe. Czasami byłeś taki jak dawniej, troskliwy, opiekuńczy. Te chwile sprawiły, że stałam się ślepa. Te krótkie momenty, w których czułam twoją miłość, były jak gwiazda, która wpadła do moich oczu i mnie oślepiła.

The stars, the moon, they have all been blown out
You left me in the dark
No dawn, no day, I'm always in this twilight
In the shadow of your heart

Tej nocy znów czułam od ciebie alkohol i perfumy. Lekko się zatoczyłeś, chciałam ci pomóc, odepchnąłeś mnie. W głowie miałam szum i wszystko widziałam potrójnie. Tylna część głowy pulsowała z bólu. W twoich oczach widziałam zdziwienie, jakbyś nawet nie zauważył, że to ty mnie popchnąłeś. Podszedłeś do mnie i swoim troskliwym tonem spytałeś, czy wszystko w porządku. Mogłeś tego nie robić, wtedy może byłabym w stanie sobie odpuścić, ale niestety ty znowu rozbudziłeś we mnie ten promyk nadziei. I mimo, że wiedziałam, że to tylko złudzenie, nadal pragnęłam twojej miłości, światełka w moim świecie, bez niej byłam w ciemności, bez gwiazd, bez księżyca. Nie było dla mnie poranka, ani dnia. Zawsze tylko zmierzch i ciemność, byłam w cieniu twego serca.

And in the dark, I can hear your heartbeat
I tried to find the sound
But then it stopped, and I was in the darkness,
So darkness I became

Znowu nie wróciłeś do domu, czekałam na ciebie z kolacją. Położyłam się dopiero po pierwszej. Długo nie mogłam usnąć, kiedy jednak mi się udało to znowu śnił mi się koszmar naszego życia. Obudziłam się zlana potem, jednak nie otworzyłam oczu. Słyszałam cichy oddech i bicie twojego serca, byłeś blisko. Ciepłe powietrze czułam na twarzy, po chwili odgarnąłeś lekko włosy z mojej twarzy. Wstrzymałam oddech, nie pamiętam, kiedy ostatnio tak zrobiłeś. Minęła kolejna chwila i przestałam czuć ciepło twojej dłoni. Otworzyłam oczy, otaczała mnie ciemność, nie słyszałam bicia twojego serca. Leżałeś obok, ale wydawało mi się, jakbyś był oddalony o miliony kilometrów. Odwróciłam się na bok, przed oczami miałam zarys wzorków na ścianie. Po policzku spłynęła mi łza i wsiąkła w poduszkę, zdusiłam w sobie szloch, nie chciałam cię obudzić, nie chciałam, byś widział mnie taką słabą. Próbowałam być silna, dać sobie spokój, zrozumieć, że to nie ma sensu, ale ty zawsze przychodziłeś do mnie i wciągałeś mnie w ciemność, aż w końcu sama się nią stałam, byłam za słaba by się oprzeć, za słaba by odejść, za słaba by coś zmienić.

The stars, the moon, they have all been blown out
You left me in the dark
No dawn, no day, I'm always in this twilight
In the shadow of your heart


Oddaliłam się od przyjaciół, mówili mi, że powinnam z tym skończyć, wiedziałam, że mieli rację, ale zawsze gdy próbowałam to zrobić coś mnie zatrzymywało. Nawet najmniejszy gest z twojej strony, który przypominał mi o dawnych czasach sprawiał, że nie chciałam cię opuszczać. Siniaki pojawiające się na moim ciele nie przeszkadzały mi, ponieważ później zawsze do mnie przychodziłeś ze zdziwieniem w oczach, nie wierzyłeś, że to ty. Zawsze błagałeś o wybaczenie, o drugą szansę, obiecałeś poprawę, a ja ci wierzyłam. Pamiętam jak ostatnim razem zacząłeś na mnie krzyczeć, jakby twoje problemy w pracy były moją winą, nie wydałam z siebie dźwięku, gdy uderzyłeś mnie w twarz. Powoli zaczynałam wierzyć, że to wszystko to naprawdę moja wina. Cierpliwie słuchałam twoich krzyków, znosiłam kolejne uderzenia. Gdy ci się znudziło poszedłeś do pokoju, wróciłeś po godzinie, znowu patrzyłeś na mnie swoimi dużymi oczami i szeptałeś słowa przeprosin. Nie mogłam się już wycofać, wierzyłam we wszystko co mówiłeś. Zatraciłam się w ciemności, ciemności twojego serca.

I took the stars from our eyes, and then I made a map
And knew that somehow I could find my way back
Then I heard your heart beating, you were in the darkness too
So I stayed in the darkness with you

Myślałam, że w końcu mam siłę, by się uwolnić.
Byłeś w pracy, później miałeś iść na kolejne “spotkanie”. Spakowałam się, wzięłam wszystkie ubrania, zdjęcia, wszystko co mogło znaczyć, że kiedyś tu mieszkałam. Napisałam ci krótki list, próbowałam ci w nim wszystko wyjaśnić. Położyłam go na toaletce, usiadłam na krześle i lekko przejechałam ręką po pięknie zdobionym lustrze. Nie poznawałam siebie. Przez ostatnie miesiące wychudłam na twarzy, wyglądałam starzej, na prawym policzku było widać zarys blizny, mimo, iż nałożyłam warstwę pudru, ona nadal była lekko widoczna. Pamiętam, skąd ją mam, wróciłeś wtedy po tygodniu nieobecności, twierdząc, że cię zdradzam zacząłeś mnie wyzywać, obróciłeś obrączkę tak, że białe diamenty były po wewnętrznej stronie twojej ręki i uderzyłeś mnie w twarz, ciepła krew pociekła mi po policzku i z ust. Potrząsnęłam lekko głową, to nie pora na wspomnienia. Znowu spojrzałam w lustro, dawno nie byłam u fryzjera, dawniej świetnie ułożona grzywka teraz sięgała teraz ust, końcówki były rozdwojone, a moje oczy… Nie widziałam w nich nic oprócz ciemności, która zadomowiła się w moim sercu, nie cieszyły mnie już te rzeczy co dawniej, nie pamiętałam, kiedy ostatni raz się szczerze uśmiechnęłam. Nie mogłam na siebie dłużej patrzeć, byłam paskudna, nic dziwnego, że tak mnie traktowałeś. Wstałam i podniosłam torbę z wszystkimi moimi rzeczami, nie było tego dużo, ostatnio na zakupach byłam prawie rok temu. Powoli zeszłam na dół, stojąc w przedpokoju usłyszałam szczęk kluczy, zamarłam, miałeś iść jeszcze do baru! Przerażona patrzyłam na otwierające się drzwi, jednak nie zobaczyłam tego czego się spodziewałam. Nie było czuć od ciebie alkoholu, ani damskich perfum, twój garnitur był bez żadnej skazy, krawat także był na miejscu. Nienaganna fryzura nie była rozczochrana, byłeś trzeźwy i w pełni świadomy tego, gdzie jesteś. Spojrzałeś na mnie z szerokim uśmiechem i spytałeś, jak minął mi dzień. Na policzkach poczułam ciepłe łzy. W twoich oczach pojawiło się zdziwienie i strach, nie wiedziałeś, co się dzieje, dopiero teraz zauważyłeś torbę leżącą koło moich stóp. Wtedy w twoich oczach był tylko strach. Podszedłeś do mnie szybkim krokiem i spytałeś co się dzieje, nie odpowiedziałam tylko się do ciebie przytuliłam, w twoich oczach też widziałam tą ciemność, obydwoje byliśmy w niej zagubieni. Nie byłam na tyle silna, by ci opuścić, ale może będę na tyle silna by cię zmienić, a na razie zostanę w tej ciemności razem z tobą i razem stworzymy mapę, która pozwoli nam się uwolnić z tego mroku.

The stars, the moon, they have all been blown out
You left me in the dark
No dawn, no day, I'm always in this twilight
In the shadow of your heart

Jednak sielanka nie trwała wiecznie, znowu wracałeś późno, czuć było od ciebie zapach mdlących różanych perfum. Na moim ciele pojawiały się nowe siniaki i nacięcia. Czasami nie miałam nawet siły podnieść się z łóżka, jednak musiałam to robić, inaczej byłoby gorzej. Teraz twoje słodkie słówka nie sprawiały, że ci wierzyłam, teraz przyprawiały mnie o mdłości, jednakże nadal byłam zbyt słaba, zbyt zagubiona w tej ciemności, bez żadnego światełka nadziei. Błądziłam w tym mroku całkiem sama, przyjaciele już ze mną nie rozmawiali, pewnie błądziłabym dalej, gdyby nie on. Spotkałam go przypadkiem podczas jednej z twoich delegacji. Blond włosy mężczyzna z twarzą nastolatka. Kiedy pierwszy raz go zobaczyłam to pomyślałam, że jest kobietą, zwłaszcza wtedy przypominał jedną, stojąc na dużym głazie zaraz przy brzegu małego jeziorka, tak, mieszkaliśmy koło jeziorka, szkoda, że wcześniej o nim nie wiedziałam, ale teraz to nie było ważne, byłam zbyt zajęta podziwianiem pięknego anioła. Księżyc oświetlał jego twarz o delikatnych rysach, a wiatr rozwiewał jasne włosy. Niepewnie zrobiłam parę kroków, nie chciałam go wystraszyć. Niechcący nadepnęłam na gałązkę, anioł odwrócił się do mnie i uśmiechnął, gestem ręki poprosił, abym do niego podeszła. Powoli zrobiłam to, o co prosił, gdy byłam już wystarczająco blisko złapał mnie za rękę i przyciągnął bliżej. Obrócił mnie tak, że plecami dotykałam jego torsu. Następnie wskazał na niebie jasną gwiazdę i powiedział, że jeśli kiedykolwiek będę smutna wystarczy, że na nią spojrzę i moje smutki się zmniejszą, bo sobie o nim przypomnę. Zaśmiałam się cicho i spytałam go, skąd wiedział, że jestem smutna, odpowiedział mi, że zobaczył to w moich oczach. Uśmiechnęłam się smutno i oparłam bardziej o jego tors. Tamtej nocy znalazłam moje światełko w ciemności. Teraz, zawsze gdy tylko miałam czas, szłam nad tamto jeziorko, by spotkać się z moim promyczkiem nadziei. Dowiedziałam się, że jest na ostatnim roku studiów i że pragnie zostać tancerzem. Uwielbiałam patrzeć jak tańczy, widziałam w tym wszystkie jego emocje, wielbiłam też jego śmiech, śmiał się jak małe dziecko niewiedzące nic o okrutności tego świata, chciałam żeby tak zostało, ale i tak najbardziej lubiłam, gdy do mnie mówił, jego głos był delikatny, a gdy wypowiadał słowo „noona” po prostu czułam się jak w raju. I tak w wolnych chwilach przesiadywałam z moim aniołem w moim raju pośród ciemności, którą zasadziłeś w moim sercu.

The stars, the moon, they have all been blown out
You left me in the dark
No dawn, no day, I'm always in this twilight
In the shadow of your heart

Znowu byłam nad jeziorkiem, siedziałam z moim aniołem i podziwiałam gwiazdy, w ręce ściskałam kartkę z jego numerem telefonu. Nie miałam własnej komórki, zabrałeś mi ją dawno temu, jednak ten skrawek papieru dodał mi sił. Minęła północ, zrobiło się zimno, wstałam więc i pożegnałam się z blondynem oraz udałam w stronę domu, zdziwiłam się widząc zapalone światło, miało cię nie być do jutra. Nieco chwiejnym krokiem podeszłam do domu, otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Powitał mnie mocny zapach alkoholu, siedziałeś na fotelu i popijałeś sake, naokoło walały się puste butelki, chyba opróżniłeś cały barek. Chciałam cicho przejść do sypialni, jednak zatrzymał mnie twój głos, jego ton był lodowaty. Zapytałeś, gdzie byłam, nie odpowiedziałam, stałam jak sparaliżowana. Ponownie zapytałeś się, gdzie byłam, tym razem głośniej, znowu nie odpowiedziałam. Podszedłeś do mnie i potrząsnąłeś mną jak jakąś marionetką, znowu zacząłeś na mnie krzyczeć, nie widziałem w tobie już nic z człowieka, którego pokochałam, teraz byłeś tylko potworem, który uwięził mnie w ciemności. Wtedy coś się we mnie złamało, gdy znowu uderzyłeś mnie w twarz odepchnęłam cię, miałam dość bycia kukiełką, o której życiu decydował jej pan. Patrzyłeś na mnie zdziwiony, znowu cię odepchnęłam. Byłeś zbyt pijany, by się podnieść. Ominęłam cię i wyjęłam z szafy zapakowaną torbę, w końcu miałam siłę, aby to zakończyć, aby wyrwać się z ciemności, ciemności twego serca. Szybkim krokiem przemierzałam ulice miasta, zatrzymałam się dopiero przy budce telefonicznej. Wsadziłam do automatu trochę drobniaków i wykręciłam numer mojego anioła, odebrał po paru sygnałach. Powiedziałam mu wszystko, powiedziałam, że w końcu uciekłam od twojego cienia. Spytał, gdzie jestem, a po chwili już stał przede mną zdyszany od biegu. Mocna mnie objął i pocałował w czoło, zaczęłam płakać, tym razem nie z bezsilności, lecz ze szczęścia. Blondyn odsunął się troszkę i swoimi dłońmi złapał moją twarz, spojrzał mi w oczy i opuszkami palców starł łzy. Powoli przysunął swoją twarz do mojej, zatrzymał się, gdy jego usta były milimetry od moich, w jego oczach widziałam niepewność, uśmiechnęłam się lekko i przybliżyłam moją głowę, a gdy nasze usta się złączyły poczułam iskierkę, iskierkę, która rozświetliła moją ciemność na zawsze. Teraz nie byłam uwięziona w zmierzchu, księżyc i gwiazdy odzyskały swój blask, a iskierka z twojego serca przestała mnie oślepiać. Teraz wszystkie poranki i wszystkie dni miały być dla mnie jasne, pełne radości, bo spędzane z moim aniołem.

_______________________________________________
tak jeszcze na koniec xd pisząc to jako anioła przed oczami miałam Taemina z SHINee, a jako męża Donghae z Super Junior. Przyjaciółka chciała jakiegoś cytuje "trochę smutnego" ficka ze sobą i Hae i dostała ^^
Ponownie proszę o komentarze i mam nadzieję, że wam się podobało

piątek, 6 kwietnia 2012

Tak, tak, obijam się.(Ja->Hidoi-Hime) Notka gotowa już dawno... Tylko jakoś z przepisywaniem mi nie poszło^^'.
Spróbuję zrobić to teraz. Za jednym razem. Może i się uda. No musi! *_*
Główka mnie boli Q___Q

______ 4/5styczeń 2012 r. Noc. Skończone o 00:48______
Opowiem ci historię pewnej dziewczynki. Gdy była mała świat dorosłych uważała za zły i niesprawiedliwy. Widziała fałsz i obłudę. Nie akceptowała tego i obiecywała sobie, że nigdy taka nie będzie. Gdy trochę podrosła zaczęła wywijać się z opałów za pomocą "małych kłamstewek". Szybko przestała wierzyć w Św. Mikołaja., a na historie o dzieciach w kapuście czy przyniesionych przez bociany reagowała wywracając z politowaniem oczyma. "Kto uwierzyłby w takie brednie?" Z wiekiem nabywała doświadczenia. Z lekcji biologii dowiedziała się prawdy o dzieciach. Poczytała troszkę w internecie. Były to niewinne informacje.
Słysząc historie nieudanych małżeństw, rozwodów, problemów starszych koleżanek itp. obiecywała sobie, że pozostanie czysta do ślubu. "Przecież być z kimś z miłości to najpiękniejsze co może spotkać człowieka, nieprawdaż? Być tylko dla jednego i wieść z nim szczęśliwe życie." Sama później niedowierzała swojej naiwności.
Poszła do gimnazjum. Jej bliskie koleżanki zaczęły palić, jej kolega ćpać. Spróbowała obu rzeczy. W odróżnieniu od uczucia lekkiego wstawienia po alkoholu te jej się nie spodobały. Papierosy śmierdziały i kiedy pierwszy raz się zaciągnęła prawie zwymiotowała. "Ohyda!" Co do narkotyków widok przyjaciela, który się stoczył i trafił do szpitala po przedawkowaniu był dla niej najodpowiedniejszą terapią. Nie chciała skończyć jak on. Zaćpana.
W końcu się zakochała. Druga klasa. Jak na pierwszy raz późno. Niektóre znajome miały już za sobą dziesiątki "związków". Starsze koleżanki chwaliły się "ekstremalnymi" przeżyciami, a jedna zaszła w ciąże. Wróćmy do tematu. On był starszy i to On o nią zabiegał. On zaproponował chodzenia. Zgodziła się. "Co mam do stracenia?" Na początku tylko Go lubiła. Po pierwszej kłótni zdała sobie sprawę, że Go kocha i nie chce stracić. Nie wiedziała, kiedy stał się, aż tak ważny. Kłócili się i godzili. Czasami robił jej drobne prezenty. Raz podarował jej pieska. W domu skłamała, że się za nią przywlókł. Szybko zdobył serca domowników... Jednak nie jest to opowieść o psie, a o dziewczynie. Zdarzyło się to tydzień przed sylwestrem. Święta. Para znowu się pokłóciła. Skończyło się na płaczu. Nie zostawił jej, pocieszał. Kiedy się uspokoiła zaczął ją całować. Inaczej niż dotychczas. Serce jej stanęło, bo przeczuwała czego On chce. Bała się, lecz zgodziła. Nawet nie pytał, lecz przecież Go nie odepchnęła. Przyzwoliła. Nawet nie zauważył krwi, wyszedł na korytarz zapalić. Wiedział, że ona nie lubi dymu. Zostawił ją, a ona poczuła wstyd. Słaba wola i strach przed porzuceniem. "Kochała Go, a On ją, więc może nie jest to takie złe. Sama chciała." Tak to sobie tłumaczyła.
Rozstali się w lutym. Po tym jak zobaczyła Go obściskującego się z jakąś "platynową prostytutką". "Sama była sobie winna, była ślepa. Ta dziewczyna nie wiedziała. To JEGO wina!" Trzy koszmarne miesiące podczas, których mierzyła się z bólem pozostawiły, na jej umyśle i ciele, wyraźny ślad. Przyzwyczaiła się do bólu, a chłód żyletki na skórze stał się przyjemy. Uspokajał. Wyzwalał.
Trzy miesiące po tym za dużo wypiła. Obudziła się koło kolegi z klasy i zdała sobie sprawę, że coś w niej umarło. Było jej już obojętne co i kto z nią zrobi. Ból przynosił coraz krótszą i mniejszą ulgę. Może czas pogrążyć się w przyjemnościach? Z porozrzucanej na ziemi bluzy nocnego partnera wyjęła paczkę papierosów i zapalniczkę.Zaciągnęła się mocno.
Papieros już nie sprawiał, że chciało jej się wymiotować. Seks z kimś jej obojętnym nie odrzucał. Kłamstwa były codziennością. Z niesprawiedliwością stykała się co krok.
Czyżby dorosła?

sobota, 18 lutego 2012

My first kiss

Hej tu znowu hopez ;D
Jak już wspominałyśmy będą się tu znajdować także one-shoty yaoi.
Oto pierwszy z nich, a mianowicie Jongkey, czyli Jonghyun i Key z zespołu SHINee ^^
Mam nadzieję, że wam się spodoba i skomentujecie szczerze moje wypociny ;P

_____________________________


- Wynoś się z mojego życia! Nienawidzę cię! Nie chcę cię więcej widzieć! – Bolało, cholernie bolało. Każde kolejne słowo wypowiedziane z coraz większą nienawiścią wbijało się w moje serce, w twoich oczach zamiast ciepłych uczuć widziałem nienawiść. Nienawiść do mnie… Ale tego właśnie chciałem prawda? To było celem moich działań. Więc dlaczego… Dlaczego to tak bardzo bolało? Spojrzałem na twoje dłonie, trzęsły się i były zaciśnięte w pięści. Chciałeś mnie uderzyć… Czemu się powstrzymywałeś? Nie byłem małą dziewczynką tylko 19 letnim chłopakiem. Właściwie gdybyś mnie uderzył byłoby mi łatwiej, miałbym pewność, że mnie nienawidzisz, że mam od ciebie odejść, że nasza przyjaźń już nie istnieje… W końcu tego oczekiwałem prawda? Po to robiłem to wszystko, abyś mnie znienawidził, bym mógł cie zostawić z tym uczuciem i odejść daleko stąd… I zakopać te chore uczucia w głębi mojego serca. – Jesteś głuchy?! Powiedziałem żebyś się wynosił! Wypierdalaj stąd!- Przeniosłem wzrok na twoje duże czekoladowe oczy przepełnione gniewem, nadal były piękne. Posłałem ci ostatni smutny uśmiech i otworzyłem drzwi, wyszedłem i cicho je zamknąłem. Na lekko chwiejących się nogach podszedłem do schodów, nie wytrzymałbym w tej klaustrofobicznie małej windzie, pierwsze 24 stopnie przeszedłem spokojnym i miarowym krokiem następne 216 zbiegłem, po niecałych 3 minutach stałem zdyszany na dole, pamiętałem jak zwykliśmy wspinać się na twoje dziesiąte piętro i liczyć każde kolejne stopnie. Poczułem kolejne ukłucie w sercu, które mówiło mi, że to co robię to błąd, potrzepałem szybko głową i wyszedłem z klatki, powitał mnie miły, chłodny powiew. Zapiąłem bluzę pod samą szyję i ruszyłem w stronę swojego domu szybkim krokiem. Nagle poczułem na policzku kroplę… Jedną… Drugą… Trzecią… Spojrzałem na niebo, było zachmurzone, ale nie słyszałem spadających kropel, więc rozejrzałem się po chodniku, był suchy. Niepewnie dotknąłem policzków po czym spojrzałem na mokre palce, w końcu do mnie dotarło, że ciepła ciecz to nie deszcz, lecz łzy… Moje łzy. Szybko je otarłem, ale to nic nie dało, leciały nowe, a w głowie cały czas słyszałem twój wściekły glos, ale tak było lepiej… Wolałem żebyś mnie nienawidził niż się mną brzydził… Stłumiłem szloch i ponownie ruszyłem trochę wolniejszym tempem niż wcześniej. Mijałem drzewa, ludzi, zakochane pary… Kolejne szarpnięcie w sercu, które zignorowałem. Byłem w połowie drogi, gdy usłyszałem za sobą szybkie kroki i przyśpieszony oddech, jednak nim zdążyłem się obrócić poczułem jak duże ciepłe ręce mnie obejmują. Chciałem krzyczeć, kopać, wyrywać się, ale wtedy do moich nozdrzy dotarł zapach napastnika… Twój zapach. Zamrugałem oczami, z których łzy leciały nowym strumieniem, nie powinno cię tu być! Powinieneś na mnie wyklinać i mnie nienawidzić, a nie przytulać na środku chodnika. Nagle na ramieniu poczułem coś ciepłego i ciekłego, twoje ciało lekko się zatrzęsło, a ręce zacieśniły uścisk. Płakałeś, płakałeś przeze mnie.
- Bli- Jonghyun? – Szybko się poprawiłem i spróbowałem poluźnić twój uścisk, lecz nie przyniosło to żadnego efektu. – Co tu ro…?
- N-nie… Nie idź proszę.- Moje serce zabiło mocniej, a z oczu pociekło więcej łez. Czemu to powiedziałeś?! Dlaczego dałeś mojemu sercu kolejny powód by mieć nadzieję?! Chciałem powiedzieć żebyś mnie puścił i wracał do domu, ale przerwałeś mi nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć. – Nie nienawidzę cię… Nie potrafiłbym. – Pociągnąłeś nosem i mocniej do siebie przyciągnąłeś, zapach twoich perfum wypełnił moje nozdrza, kochałem ich zapach na twojej skórze. – J-ja… - Znowu się zająkałeś, gdyby nie okoliczności to zacząłbym się z tobą drażnić, znowu zacząłem się lekko wyrywać, lecz zamarłem słysząc twoje następne słowa. – Kocham cię Kibum i byłem głupi, że wcześniej nie miałem odwagi przed samym sobą, aby się do tego przyznać. – Powiedziałeś to tak cicho, że nie byłem pewny czy się nie przesłyszałem, czy te słowa, których pragnąłem nie były tylko figlem wiatru. Moje serce zabiło jeszcze mocniej, a z oczu poleciały nowe łzy.
- P-puść mnie. – Znowu zacząłem się szarpać, lecz byłem za słaby, a moje ruchy sprawił tylko, że jeszcze mocniej mnie objąłeś. Próbowałem stłumić szloch, ale nie udało mi się.
- Byłem ślepy nie widząc czemu się tak zachowujesz, przecież zawsze tak robisz prawda? – Za dobrze mnie znałeś, nie powstrzymywałem już szlochu i trzęsienia ciała, twoje ciepłe dłonie zaczęły nerwowo gładzić mój brzuch. – Nie płacz. – Ciepłe usta na moim karku wcale nie pomagały, po paru chwilach do moich łez dołączyły inne krople, uniosłem wzrok, padało.
- Prze-przepraszam, starałem się tego pozbyć. Starałem się przestać i próbowałem wszystkiego żebyś mnie znienawidził. – Ludzie naokoło zaczęli uciekać, a ja wylewałem całe moje serce będąc wtulonym w twoją klatę. Szlochy gwałtownie mną trzęsły, a mokre włosy przylepiała się do czoła i zasłaniały oczom widok. W pewnym momencie obróciłeś mnie i poczułem twoje rozkosznie ciepłe i miękkie usta na swoich, słonych od łez. Pocałunek był krótki, ale czuły i pełen miłości, oderwałeś się ode mnie i te czekoladowe oczy znowu zajrzały w moje, tyle że tym razem widziałem w nich tylko miłość… Miłość do mnie. Po policzkach spłynęły kolejne łzy, tym razem szczęścia. Starłeś je kciukami i nachyliłeś się, by znowu połączyć nasze usta, a ja przymknąłem oczy rozkoszując się ciepłem, które z ciebie emitowało mimo zimnego deszczu. Twoje ręce objęły mnie mocno w pasie i przyciągnęły do twojego ciała, moje zaś objęły cię w szyi. Moje serce biło szybko, jakby odprawiało taniec radości i zdawało się wołać ‘a nie mówiłem?!’, uśmiechnąłem się i mocniej objąłem, podczas gdy najgorszy dzień w moim życiu zmienił się w ten najlepszy.